RSS
sobota, 15 lutego 2014

"Her " to film określany mianem futurystycznej komedii romantycznej. Czy to aby poprawne określenie ? Futurystyczny - ok. Romantyczny- jak najbardziej. Komedia ? Z tym się nie zgodzę.


Akcja filmu bez wątpienia odgrywa się w przyszłości, ale nie jest to odległa przyszłość. Nie ma tu latających samochodów, teleportacji czy sposobu na nieśmiertelność. Ja osobiście odniosłam wrażenie, że akcja dzieje się nawet w przeszłości - charakterystyczne miejsca, ubrania, specyficzny klimat. Tym co osadza czas akcji w przyszłości jest zaawansowana technologia. Skomplikowane systemy operacyjne, które pełnią rolę osobistych asystentów, przyjaciół, a nawet ukochanych... Ale o tym za chwilę.

 

  

Film jest przepełniony pięknymi widokami, dużymi przestrzeniami i "rozmytymi", pastelowymi scenami, które niejako podkreślają dystans głównego bohatera do otaczającego świata


Głównym bohaterem filmu jest Theodore Twombly. Facet w średnim wieku pracujący w firmie zajmującej się pisaniem osobistych listów za swoich klientów. Dzięki temu wiemy, że jest on osobą bardzo wrażliwą i uczuciową. Listy pisane przez niego są pełne szczerych emocji, ponieważ doskonale zna swoich klientów, towarzyszył im na różnych etapach życia, mimo iż osobiście nigdy ich nie poznał.

Wygląda wyjątkowo niepozornie - wielkie okulary i te wąsy... Od razu kojarzy się z życiowym pechowcem...


W prywatnym życiu sprawia wrażenie zdystansowanego i nieco chłodnego, co jest przyczyną rozwodu, który bardzo przeżywa. Popada w rutynę i traci nadzieję, że jego życie się jeszcze ułoży.


Wszystko się zmienia gdy poznaje Samanthę. Wydaje się banalne, prawda ? Nowa kobieta, która namiesza mu w życiu i wszystko stanie się piękne...

Nic podobnego, ponieważ Samantha jest zaawansowanym systemem operacyjnym stworzonym do potrzeb konkretnego klienta.

Samantha mówiąca głosem Scarlett Johansson - i jak tu się nie zakochać... ?


Ich relacja przeradza się stopniowo z przyjaźni w cos poważniejszego. Theodore odzyskuje wiarę w siebie i na nowo zaczyna cieszyć się życiem. Pokazuje świat Samancie niczym małemu dziecku, które jest ciekawe świata i ma tysiące pytań na minutę.
Film jest pełen wzruszających momentów, które przekonują widza, że sztuczna inteligencja jaką jest Samantha też ma emocje, też czuje i jest zdolna do miłości, a brak ciała bardzo jej ciąży.


W dalszej części filmu coś się jednak zmienia. Do tej pory to Theodore był przedstawiany jako wyższa forma życia, człowiek z krwi i kości, który góruje nad sztucznie wytworzoną inteligencją. Film ukazuje jednak odwrotną sytuację, gdzie to Theodore jest ograniczeniem dla Samanthy. W czasie gdy on trudzi się nad zrozumieniem pierwszego rozdziału skomplikowanego podręcznika, Samantha zdążyła przeczytać i przyswoić całą ich serię i jest gotowa do dyskusji. Gdy on poświęca całą swoją uwagę tylko jej, ona rozmawia jednocześnie z tysiącami ludzi i systemów. Ostateczny rozłam następuje gdy przyznaje mu, że kocha nie tylko jego, ale też setki innych ludzi.


Moim zdaniem to naprawdę interesujący film, który ukazuje nie tylko relacje międzyludzkie, ale skupia się przede wszystkim na potrzebie bliskości człowieka, który jest w stanie obdarzyć miłością wirtualną istotę. "Her" przełamuje stereotypy ukazując człowieka jako ograniczenie dla maszyny, a nie odwrotnie. Zdecydowanie warto obejrzeć.


Tasia.

 

Ps. Wszystkie gify i obrazki znalezione na tumblr.com

czwartek, 28 listopada 2013

Dziś czas na recenzję ekranizacji drugiej części bestsellerowej trylogii "Igrzysk śmierci" Suzanne Collins, zatytułowanej "W pierścieniu ognia".


Promocja filmu opiera się głownie na porównaniu serii do Sagi Zmierzch - w końcu w obu historiach mamy dziewczynę uwikłaną w trójkąt miłosny, niezdecydowaną, którego z kandydatów wybrać... Jednak w Igrzyskach śmierci chodzi o coś znaczenie większego niż rozterki sercowe głównej bohaterki...


Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o tej serii - ciężko jest nie zauważyć obecnych wszędzie plakatów i zwiastunów promujących... Dlatego nie będzie tu żadnego przypomnienia...

Druga część zaczyna  się w momencie gdy Katniss i Peeta przygotowują się do tournee zwycięzców po wszystkich dystryktach. 

Muszę przyznać, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona wiernością odtworzenia książki. Niewiele zmieniono, niewiele pominięto, a niektóre dialogi są żywcem przepisane z książki. Moim zdaniem to duży plus i dzięki temu film się znacznie przyjemniej ogląda.

Swoje przemyślenia zacznę od głównej bohaterki. Kolejny raz Jennifer Lawrence udowodniła, że zasłużyła na swego Oscara. Jeśli ktoś widział jakieś wywiady z nią, wie, że wydaje się być bardzo radosną, żywą i przyjacielską osobą. Katniss jest jej przeciwieństwem, a jednak zagrała ją, moim zdaniem, idealnie.

Doskonale odnalazła się w roli dziewczyny, która chcąc ocalić przyjaciela, wplątała się w coś znacznie większego. Kieruje nią przede wszystkim troska o najbliższych, nawet jeśli musi narazić siebie. Nie oznacza to jednak że poddaje się na starcie - Katniss jest wojowniczką i walczy o swoje, choć jak każdy człowiek ma swoje słabości.

Oglądając ją strzelającą z łuku, można mieć poważne wątpliwości co do "słabości" płci pięknej. To właśnie jej przypadła rola Kosogłosa, lidera powstającej rebelii, więc musi udowodnić innym, ale przede wszystkim sobie, że jest w stanie podołać zadaniu.


Kolej na drugiego trybuta - Peetę Mellarka. W tej roli Josh Hutcherson. Uważam, że w tej części kreowany przez niego Peeta jest znacznie... nie wiem, sympatyczniejszy ? Nie chodzi już nadąsany z bólem istnienia w oczach. Pojawia się w nim jakaś iskierka, która chce walczyć.

Niestety pojawia się ona jedynie w nielicznych momentach, bo w zdecydowanej większości, no cóż, wygląda tak samo. Identyczny wyraz twarzy świadczący o tym, że jest myślami bardzo daleko. I ciężko rozgryźć czy zastanawia się nad czymś poważnym jak groźby prezydenta Snowa, czy próbuje sobie przypomnieć proporcje przepisu na chleb...

Na jego korzyść działa jednak fakt, że od razu widać między nim a Katniss jakąś chemię, a to dość istotne w ich relacji...


Konkurentem Peety o serce Kat jest Gale, grany przez Liama Hemshworta. I tu nastąpiło wielkie rozczarownie. Według mnie Gale jest kompletnie nijaki, bezbarwny. Wtapia się w tło. Zero jakichkolwiek emocji. Człowiek ma ochotę walnąć go w twarz tylko po to żeby zobaczyć jak zareaguje. Hm, albo CZY w ogóle zareaguje... I tyle. Na miejscu Katniss długo bym się nie zastanawiała kogo wybrać... ;p

No właśnie...

Oczywiście wybrałabym Finnicka ;p Jak wiele osób, wiadomość że zagra go Sam Claffin jakoś mnie nie ucieszyła - " Kto ? On ? Ale na serio ? Nieee, kompletnie go w tej roli nie widzę...."

A tu niespodzianka. Bo wpasował się w rolę perfekcyjnie. Odpowiednio zadziorny, arogancki, ale też poruszający (scena w której wyznaje miłość Annie - cuuuudo... )Chociaż ciężko było zachować powagę, gdy biegał po lesie ze staruszką na plecach... 

Czyż nie jest uroczy... ? ; )


Czas na Johanę. Byłam bardzo ciekawa kto ją zagra, bo to jednak bardzo wyrazista postać, o specyficznym, a nawet agresywnym sposobie bycia. Wybór Jeny Malone był strzałem w dziesiątkę. Johana sprawia wrażenie wiecznie wkurzonej osoby z odrobiną psychicznego zachwiania... W jednej chwili się śmieje, ale nie wiadomo czy w następnej kogoś nie uderzy... Chociaż mimo wszystko widać, że za gniewiem kryje się smutek i żal. Udział w igrzyskach miał na nią ogromny wpływ, większy niż na resztę zwycięzców. Ona jako jedyna nie boi się otwarcie wyrazić swojej złości na Kapitol. 

 

Idealna mieszanka złości i zimnego wyrachowania...

 

Chciałam jeszcze wspomnieć o Effie, bo to naprawdę urocza postać. Scena, w której losuje trybutów, jest jedną z moich ulubionych. Sposób w jaki stara się ukryć smutek i współczucie i zachować dawny entuzjazm, jest naprawdę godny uwagi. No i to westchnienie ulgi gdy odczytuje imię Haymitcha...

Właśnie, Haymitch, szczerze przyznam, że uwielbiam gościa. ;) wiecznie pijany, nieogarnięty, jednak to ma głowę na karku... A to jest coś - zagrać rozchwianego, wrednego alkoholika i mimo wszystko być lubianym...

Jeszcze słówko o prezydencie Snow. Jest coś w Donaldzie Sutherlandzie, co sprawia że kradnie wszystkie sceny. Jego zimne spojrzenie i wyczuwalna wrogość zawsze wybijają się na pierwszy plan. 

Mogłabym tak komentować chyba wszystkie postacie, ale zakończę na tych, które już wymieniłam.

 

 

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o kostiumach i charakteryzacji... A były po prostu boskie. Scena, w której trybuci wjeżdżają na plac - epicka. Nie mogłam oderwać oczu od Katniss. No i Peety też. ;p Choć znacznie lepiej wyglądał w białym garniturze podczas wywidau z Cesarem... A propos tej sceny - dla mnie mistrzynią tutaj była Johana, wyglądała po prostu cudownie.

Jednak suknia ślubna Kat mnie nie powaliła, była taka jakaś, nie wiem.... napuszona ? Wyglądała w niej jak gigantyczne beza... Za to efekt ognistego (i to dosłownie) przejścia z bezy w kosogłosa był imponujący. ;)


Tak czy inaczej na pewno warto ten film zobaczyć. Moim zdaniem jest znacznie lepszy od ekranizacji 1 części. Na koniec dodam tylko, że porównanie Katniss do Belli jest po prostu obraźliwe, bo są to kompletnie różne postacie.


Tasia. : )

 

Ps. Wszystkie gify znalezione na tumblr.com

środa, 04 września 2013

Dziś nadszedł na czas na wpis o filmie, bardzo popularnym w ciągu ostatnich dni - adaptację pierwszej książki z serii "Dary anioła", czyli "Miasto Kości". Od razu uprzedzam, że jestem fanką książek, od kiedy 3 lata temu pierwsza z nich wpadła mi w ręce, więc to chyba oczywiste, że miałam duże oczekiwania co do filmu.

Pierwsza myśl po obejrzeniu - "wow, wyszło świetnie", ale potem gdy nastolatka we mnie trochę ochłonęła, zachwyt trochę opadł. Dla widzów nieznających książek (zaciągniętych na seans przez swoje dziewczyny, czy liczących na horror widząc słowo kości w tytule...) film był niezły. No bo serio - czy jest w nim coś nadzwyczajnego, nowego ? Nie.

Wiadomość, że nie jest się człowiekiem, nigdy nie wróży nic dobrego...

Mamy główną bohaterkę, która wydaje się być przeciętną nastolatką i żyje swoim zwykłym życiem. Nagle okazuje się, że wcale nie jest taka zwykła, bo tak jak jej matka jest Nocnym Łowcą - pół aniołem, pół człowiekiem stworzonym do niszczenia demonów. Całe jej poukładane życie szlag trafia - matka zostaje porwana, mieszkanie zdemolowane, a za nią chodzi chłopak, którego nikt inny nie jest w stanie zobaczyć i wmawia jej, że nie jest człowiekiem. To chyba oczywiste, kto będzie obiektem jej westchnień.. ? Na pewno nie potajemnie zakochany w niej przyjaciel...  Później mamy skróconą opowieść przeszłości, zaginiony magiczny kielich, walkę z wampirami, przyjazne wilkołaki, romantyczną scenę pocałunku i w końcu pojawienie się "tego złego", którym jest ojciec głównej bohaterki, finałową walkę, która nie wiadomo na czym się kończy i prawie happy end - nie może być całkowity, w końcu trzeba nakręcić pozostałe części...

Nie ma filmu bez walki z przeciwnikiem o przytłaczającej przewadze liczebnej...

O wiele gorzej mają widzowie, którzy czytali książkę, ponieważ film jest pełen zmian, przekształceń i udziwnień. Zakończenie jest zmienione kompletnie, więc jestem ciekawa od czego zacznie się następny film.Jak widać zachwyt książką nie zamroczył mi umysłu na czas oglądania filmu, dlatego poniżej znajdą się moje zarzuty do tej średnio udanej ekranizacji.

... bez trójkąta miłosnego też nie przejdzie...


Zacznijmy od głównej bohaterki - Clary Fray, w tej roli Lily Collins. Tutaj chcę poruszyć 2 kwestie. Po pierwsze - film zaczyna się od ukazania obsesji Clary na punkcie pewnego symbolu, który rysuje nieświadomie przez cały czas. W książce nie ma o tym mowy, wiedzie zwykłe życie, bez żadnych znaków, świadczących o tym, że coś jest jednak nie tak. Dlatego porwanie matki i odkrycie prawdy o sobie było dla niej takim szokiem, a nie ciągiem zdarzeń od dziwnego do najdziwniejszego... Druga kwestia to ubiór. Rozumiem, że Nocni Łowcy muszą wyglądać inaczej od zwykłych śmiertelników, ale bez przesady. Krótkie sukienki, szpilki do pół uda, skórzane spodnie - i w tym poluje się na demony ? Jak ? Połowę uwagi zabiera utrzymanie równowagi w butach, drugą połowę pilnowanie sukienki, by nie odsłoniła zbyt wiele, a zachowanie życia też jest dość istotne... I szkoda, że straciła swoją zdolność do potyczek słownych z Jacem, czy Simonem, byłoby zabawniej... Tyle krytyki, nie mam więcej uwag co do Clary, Lily poradziła sobie całkiem nieźle ; )

To zdecydowanie jest ponadprzeciętna zdolność...


Przejdźmy do Jace'a (Jamie Campbell Bower). W internecie było mnóstwo plotek o tym, że to Alex Pettyfer ma dostać tę rolę, więc gdy tak się nie stało, nadeszła fala krytyki zanim film ujrzał światło dzienne. Moim zdaniem Jamie dał sobie radę. Może nie idealnie, ale scenariusz to przecież nie jego wina... Filmowy Jace to straszny smutas - na palcach jednej ręki można policzyć sceny, w których się uśmiecha. Powinien być zadziorny, sarkastyczny, pewny siebie, a nie marudny i markotny. Serio, jego żarty brzmiały jak wyuczone w podstawówce wierszyki... Plusem jest jednak jego brytyjski akcent... ;p

Nie wiem jak Wy, ale ja mu uwierzyłam... ;p


Czas na Valentina. Na nim zawiodłam się najbardziej. Nie chodzi o zły dobór aktora, bo Johanatana Rhysa Meyersa pasuje do roli, ale o totalną rozbieżność postaci książkowej i filmowej. Książkowy Valentine to człowiek z klasą, szarmancki manipulator, który nie daje się wyprowadzić z równowagi, bo zawsze ma plan awaryjny. W filmie mamy jakiegoś narwańca, który wygląda jak motocyklista na prochach i tłucze wszystkich, którzy mu się sprzeciwią. Przecież udało mu się w przeszłości zebrać grono "wyznawców" dzięki swojej charyzmie i zdolnościom przywódczym, aż trudno uwierzyć jakim cudem. Chociaż patrząc na jego "wspólników", no cóż, powiedzmy, że inteligencją nie grzeszą...

 

Ktoś tu ma widoczną słabość do dramatycznych wejść...


Kolej na Simona. Szału nie ma. Miał być rozrywkowym dziwakiem, z ciętym humorem, który należy do zespołu bez nazwy. A jest totalnym outsiderem w sztruksowej marynarce... I po prostu chodzi za głównymi bohaterami jak cień i sam nie wie dlaczego to robi.  A szkoda, bo jestem pewna że Robert Sheenhan mógłby doskonale oddać naturę postaci. Choć pierwsza myśl o Simonie po wyjściu z kina to "Dlaczego nie zmienił się w szczura "? ;p

I jak tu nie lubić Simona... ?


Idziemy dalej, czas na resztę postaci. I właśnie tu jest problem - nikt się jakoś szczególnie nie wybił, to po prostu reszta postaci...  Izabelle - zamiast pewnej siebie piękności, mamy dziewczynę, która stoi obok i zastanawia się czemu tam jest. Alec - zrzęda do potęgi, po prostu stoi obok siostry. Magnus - kolejne rozczarowanie. Wielki Czarnoksiężnik Brooklynu, przychodzi na przyjęcie bez spodni... To na tym polega jego ekscentryczność ? Na pochwałę zasługuje matka Clary Jocelyn (Lena Headey), nie było jej w filmie dużo, a nie dała się zepchnąć na dalszy plan. Jej scena samoobrony przy użyciu patelni i lodówki zapada w pamięć. ; )

  

Dowód na to, że w każdych warunkach można się skutecznie obronić... ;p


Ogólnie uważam, że film za bardzo odbiega od książki. Mamy kompletnie inne zakończenie, rozwiązanie głównego problemu uczuciowego Jace'a i Clary, (niepewność czy są rodzeństwem to z resztą dość poważny problem...)który uzyskuje potwierdzenie dopiero w 3 części książek, mamy podany na tacy. No ale po co ? Co by się stało, gdyby zatrzymano książkową wersję...? I nadal jest dla mnie zagadką dlaczego zrobiono z Bacha Nocnego Łowcę. Film nie ucierpiałby bez tej informacji..
Pomimo krytyki, myślę że film warto zobaczyć. Nie zachwyca, ale ogląda się bardzo przyjemnie. Dobry podkład muzyczny, ciekawe sceny walki i przesłodzona scena w oranżerii, wszystko to, co musi być w filmie o nastolatkach. ; )

Jak widać nie przesadziłam mówiąc o przesłodzonej scenie...

Moje pierwsze wrażenie było bardziej niż pozytywne, więc film jak najbardziej polecam. ; )

Tasia.

 

* wszystkie gify znalezione na tumblr.com

 

niedziela, 04 sierpnia 2013

Nikogo nie zdziwi, że dzisiejszy wpis to także recenzja. Wybrałam "Jeźdźca znikąd" - nowe dzieło twórców słynnych filmów o piratach... ; )

Muszę przyznać, że przed obejrzeniem tego filmu miałam mieszanie uczucia. Z jednej strony świetna obsada (Depp, Bonhman-Carter, Wilkinson...) i ciekawość czy Ted Elliott i Terry Rossio, scenarzyści "Piratów z Karaibów" stworzyli kolejny hit.

Natomiast z drugiej strony tematyka filmu zupełnie do mnie nie przemawiała. Odkąd pamiętam na słowo indianin reaguję tym samym, absurdalnym ciągiem skojarzeń: indianin - kowboj - pościgi konne - pustynia, a to wszystko sprowadzało się do westernu, którego nie znoszę chyba od zawsze. Jednak, jak można się było spodziewać obecność Depp'a w filmie mnie przekonała - i bardzo dobrze, bo film pomimo "westernowej" tematyki, niewiele ma z tym gatunkiem wspólnego.


Zacznę od postaci tytułowego jeźdźca - tej roli Armie Hammer. Po kilku latach nauki do rodzinnego miasta wraca John Reid, by zająć się pracą  w wymiarze sprawiedliwości.

Ambitny młodzieniec, wierzący w sprawiedliwość, od lat zakochany w żonie starszego brata, w którego cieniu do tej pory pozostawał. Niestety w miasteczku od dawna rządzącym się własnymi prawami, młody Reid nie ma zbyt dużych szans na powodzenie. Pod wpływem znajomości z indianinem Tonto zaczyna rozumieć, że żeby coś osiągnąć, wymierzyć sprawiedliwość musi ukrywać swoją tożsamość. Jest to niewątpliwie dobrze napisana i dobrze zagrana postać, widz taki jak ja niemal od razu czuje do Johna sympatię. Szkoda tylko, że zostaje on zmuszony do porzucenia swoich ideałów, wyznawanych na początku filmu, jak gdyby wiara w sprawiedliwość była czymś niewiarygodnie głupim i naiwnym...



Kolejna postać to grany przez Jonnego Deppa, indianin Tonto. Na pierwszy rzut oka widać, ze była to rola pisana własnie dla niego. Nikt inny nie mógłby zagrać tak ekscentrycznego indianina z ciekawą historią i specyficznym sposobem bycia. Dlatego też, uwaga, nie mam się do czego przyczepić. Obawiałam się że może przyćmić głównego bohatera, jednak tak się nie stało. Tonto jest perfekcyjnym bohaterem drugoplanowym, jednak nie wysuwa się na pierwszy plan (no, może odrobinę, momentami, ale taki "tyci" szczegół...)



Inna postać, o której chcę wspomnieć to Ruda Harrington. Jest to na pewno interesująca bohaterka - bo jak inaczej można nazwać postać, która strzela z własnej nogi...? Jednak jestem pewna, że pierwotnie jej rola miała być bardziej rozbudowana, a została zredukowana do absolutnego minimum. Szkoda, bo Helen Bonham-Carter z pewnością dałaby niezły popis swoich aktorskich umiejętności.



Uroku dodaje filmowi także muzyka. Hans Zimmer po raz kolejny pokazał, na co go stać. A użycie uwertury z "Wilhelma Tella" Rossiniego w czasie końcowej akcji było genialnym pomysłem.


"Jeździec znikąd" prawdopodobnie miał być filmem przygodowo - komediowym, tak jak "Piraci z Karaibów", ale o ile w "Piratach..." wątki komediowe są naturalnie wplecione w akcję, tutaj ta kwestia trochę kuleje... Oprócz dziwnych zachowań i wypowiedzi indianina, wątek komediowy tworzy koń. Tak, koń. Białe, parzystokopytne zwierzę, które rzekomo jest jakimś mądrym duchem i posiada zdolność pojawiania się  w miejscach i sytuacjach, w których zwykłego rumaka raczej nie spotkamy...


No i pozostaje tez kwestia "tych złych", a raczej tych, którzy powinni być źli, bo trochę z tym krucho... Teoretycznie bandzior zjadający serca swych ofiar powinien budzić wstręt, obrzydzenie, a chciwy biznesmen przynajmniej oburzenie czy niechęć. Tymczasem obaj są raczej mizerni, bo widz, a przynajmniej ja, patrzy na nich z politowaniem w stylu "dobra, dobra, cokolwiek planujesz - i tak nie wypali..."


Jeśli ktoś zastanawia się o co chodzi w tym filmie, odpowiedź jest prosta - jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a konkretnie o wagony pełne srebra, które radośnie jeżdżą po nowiutkich torach. Otworzenie kolei było dużym wydarzeniem, a tu zostało pokazane niemal jak trasa kolejki górskiej dla bryłek srebra...


Ogólnie "Jeździec znikąd" jest niezłym filmem, ale nie powala, ani nie zapada w pamieć. To lekki film, który przyjemnie się ogląda, gdy nie leci nic innego... Jednak indianin Tonto raczej nie zapisze się w popkulturze, jak zrobił to Jack Sparrow. Przepraszam, Kapitan Jack Sparrow. 

 

Tasia.

 

* gify pochodzą ze strony gifs-planet.com

czwartek, 25 lipca 2013

Dziś znów recenzja, ale tym razem książki, co prawda wspomnę też o ekranizacji,  jednak tym razem to książka jest najważniejsza...

Publikacja książki o losach Piscine'a Patela w 2003 roku przeszła w Polsce bez większego echa. Zaczęto o niej mówić dopiero w 2012 roku, kiedy to ukazała się jej ekranizacja w reżyserii Ang'a Lee. Nie da się zaprzeczyć, że film odniósł niesamowity sukces - został nominowany do Oscarów w 11 kategoriach, w tym jako najlepszy film.

Gdy wypowiemy hasło "życie pi" najczęstsza reakcja to zazwyczaj: "to ten film o chłopcu i tygrysie, na oceanie" ? Niewiele osób jest świadomych istnienia książki, a już na pewno nie podejrzewają, że w tej opowieści chodzi o coś więcej niż tułaczka po oceanie  z tygrysem jako jedynym towarzyszem...

"Wiara w Boga oznacza otwarcie, wolność, głęboką ufność, jest dobrowolnym aktem miłości – czasami jednak tak trudno jest kochać." - rozdział 74.

 

Zacznijmy od początku - historię Piscine'a opowiada nam (i nie tylko nam, bo także autorowi książki, co także zostało wplecione) on sam, stąd mamy wgląd w jego przemyślenia, reakcje i spojrzenie na świat. Wspomina o pochodzeniu swego imienia, (nie każdy został nazwany na cześć basenu we Francji...) rodzinie i szczęśliwym dzieciństwie w Indiach, kiedy to dzielił czas między nauką a obserwowaniem zwierząt w zoo należącym do jego ojca.


Piscine bardzo szybko ustala w swoim życiu priorytety. Jako najwyższy traktuje wiarę w Boga. Nie ogranicza się on jednak do rodzinnego hinduizmu, w bardzo krótkim czasie staje się także chrześcijaninem oraz wyznawcą islamu. To właśnie religia i wiara dodają mu sił w najtrudniejszych chwilach jego życia. Książka sprawia wrażenie podzielonej na trzy segmenty, pierwszy z nich to dzieciństwo Pi, część druga ukazuje czytelnikowi próbę przeżycia na oceanie po katastrofie statku. Jak gdyby sytuacja była zbyt dramatyczna, młody Patel odkrywa że jego jedynym towarzyszem niedoli jest tygrys bengalski...W sytuacji, w której większość ludzi już dawno straciłaby nadzieję na ocalenie, Pi nie daje za wygraną i odnajduje w sobie siłę by dzielnie walczyć o przeżycie. Mimo licznych przeciwności losu i utrudnień chłopak nie traci nadziei. Wiara w Boga i codzienna modlitwa staje się dla niego opoką, podstawą, która nadaje sens jego tułaczce.


Czytelnik może zaobserwować zmianę Pi, który z cichego, spokojnego chłopca,który płacze po zabiciu pierwszej ryby, zmienia się w dzielnego młodzieńca, nie bojącego się zaryzykować gdy wymaga tego sytuacja. Element wiary w jego życiu jednak nie ulega zmianie, pozostaje stabilny i niezachwiany.

Myślę, że "Życie Pi" to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Nie dlatego, że opowiada o niezwykłych wydarzeniach, takich jak "przyjaźń" pomiędzy chłopcem a tygrysem czy przetrwanie na oceanie z groźnym drapieżnikiem w szalupie, ale ze względu na nastawienie bohatera do świata, który pomimo wyjątkowo ciężkiej próby nie załamuje się.

Nie jest to lekka lektura, którą się przeczyta i po jakimś czasie zupełnie o niej zapomni; wręcz przeciwnie, zmusza czytelnika do refleksji, do zastanowienia się jak on zachowałby się w sytuacjach jakim poddany był młody Patel. Istotna jest tutaj trzecia część, gdzie hindus przedstawia alternatywną wersję wydarzeń, pozbawioną "niezwykłości" i pyta, która jest lepsza. Polecam także film, który wiernie realizuje wydarzenia przedstawione w książce, a grafika zapiera dech, bo nie da się zaprzeczyć, że jest to bardzo "plastyczny" film, pełen kolorów i niesamowitych widoków.

Uwierzy ktoś, że większość scen z tygrysem (około 86%) została wygenerowana komputerowo... ?


Dla mnie jest to niesamowita historia o tym jak wiara i nadzieja są ważne w życiu i mogą pomóc człowiekowi przetrwać najcięższe chwile.

Tasia.

wtorek, 16 lipca 2013

Kolejna gigantyczna przerwa między wpisami... Ale przynajmniej się nie poddałam ; )

Dziś kolejna recenzja filmowa, bo nie mam pojęcia o czym jeszcze mogłabym pisać...

Supermana nie trzeba nikomu przedstawiać. Wszyscy znają postać umięśnionego bohatera ratującego świat w rajtuzach i pelerynie, ukrywającego swoją tożsamość pod postacią przeciętnego Clarka Kenta. Ten popularny komiks ekranizowany był nie raz i nie dwa, ale czy Zack Snyder - reżyser najnowszej wersji podołał wyzwaniu jakim jest nakręcenie kolejnego filmu o superbohaterze, którego znają wszyscy... ?


To charakterystyczne "S" jest znane równie dobrze, jak bohater którego symbolizuje...


Tym razem będzie to wpis wyłącznie o tym filmie, bo w przeciwieństwie do poprzednich, nie mam go z czym porównać. Tak, przyznaję się - nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów o Supermanie; komiksy to także nie mój świat, także na najnowszą wersję przygód tego bohatera poszłam do kina z czystej ciekawości, bez żadnych oczekiwań.

Czy się zawiodłam ? - Oczywiście, że nie, ale jak zwykle mam kilka zastrzeżeń. No może więcej niż kilka...

Najwięcej zastrzeżeń dotyczy samego Supermana, a raczej jego odtwórcy. Nie mam nic do Henry'ego Cavilla, ale wydaje mi się, że stać go na więcej niż pokazał w filmie. Wykreowany przez niego bohater sprawia wrażenie zimnego, nieczułego odludka, którego w żadnym wypadku nie obchodzą losy świata. Dowiedział się, że pochodzi z kosmosu, więc co się będzie wtrącał... Od czasu do czasu, gdy nadarzy się okazja, miewa przebłyski wspaniałomyślności, podczas których postanawia uratować znajdującą się w pobliżu grupę ludzi w niebezpieczeństwie. I po prostu musi pokazać przy tym swoją imponującą muskulaturę - nie żebym narzekała, bo widok nie jest najgorszy, ale można to było ukazać w mniej oczywisty sposób...

Zauważył ktoś, że Superman ma cały czas zmarszczone brwi.. ?

Ale serio - cały czas...


Inna irytująca mnie kwestia to retrospekcje. To jasne, że są niezbędne, w końcu nie da się oglądać historii trzydziestoletniego bohatera ukazanej w sposób ciągły, bo to jakiś absurd...W tym filmie zostały wprowadzone trochę nieudolnie. Już pomijając fakt, że pojawiały się niemal przez całą długość filmu, to były zdecydowanie za długie. Powinny to być kilkuminutowe urywki z przeszłości, a nie rozwinięte, ciągnące się w nieskończoność sceny, przez które, widz taki jak ja, kompletnie zapominał co się dzieje z bohaterem w "aktualnych" czasach...

Żeby pokazać, że nie uczepiłam się jedynie superbohatera, teraz kolej na Lois Lane. Moim zdaniem to trochę nierealne, żeby dziennikarka, która poświęciła tyle wysiłku, czasu i pieniędzy (bo podróż śladami Clarka Kenta, raczej nie była darmowa...) by odkryć tajemnicę nadzwyczajnego człowieka, wartą naprawdę dużo, po jej poznaniu udaje, że nic nie wie...Rozumiem, że fakt iż była nim kompletnie zauroczona przesądził sprawę, no ale bez przesady... I zagadką dla mnie pozostaje kwestia, dlaczego zwykła dziennikarka została zaproszona/wezwana na statek Kryptończyków, albo dlaczego jej obecność w samolocie była konieczna podczas trwanie "wojskowej misji ratowania świata"... ?


Wiele do życzenia pozostawia też finałowa walka, albo raczej jej brak. Zauważyłam pewien schemat podczas starcia Supermana z Zodem - mocują się w locie, uderzają w budynek burząc ścianę, przelatują przez niego, wylatują z drugiej strony, burząc kolejną ścianę... I tak do znudzenia... Zwrócił ktoś uwagę na ogrom zniszczeń jakie powodują... ? Przecież to biedne miasto zostało niemal zrujnowane. Ale kogo to obchodzi - w końcu świat został uratowany...

Szczerze mówiąc, podczas oglądania często odnosiłam wrażenie, że aktorzy się nie starają. Serio, jakby pomyśleli "To film o Supermanie, zyski i tak będą olbrzymi, więc co się będę niepotrzebnie przemęczać..." Na przykład Michael Shannon, odtwórca roli Generała Zoda - nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam tak oczywisty czarny charakter. Zmarszczone czoło, zaciśnięte pięści i mowa przez zęby - subtelne jak uderzenie kamieniem...Poziom trzymał jedynie Russell Crowe, szkoda tylko, że jego rola zredukowała się do funkcji samouczka na statku kosmicznym...

Zawsze zastanawiała mnie funkcja peleryny, teraz już wiem - ma dodawać "epickości" bohaterowi, w scenach takich jak te powyżej...


Pomimo tych uwag, uważam film za udany. Może nie zachwycił, nie powalił na kolana, ale oglądało się go dobrze. I chociaż najlepsza moim zdaniem scena, to ta początkowa, która dzieje się na Kryptonie, bo potem to już szału nie było, myślę, że film jest warty obejrzenia.

Chociaż Superman zdecydowanie nie zostanie moim ulubionym komiksowym superbohaterem...

 

Na koniec gif, który ma jasne przesłanie: "A teraz możecie opalać się w blasku mojej świetności"

 

 

Tasia.

piątek, 24 maja 2013

 

Kolejna ekranizacja dzieła należącego do klasyki literatury angielskiej (książka ta znalazła się na liście BBC - 100 książek, które trzeba przeczytać). Ale czy jest to udana ekranizacja czy kolejny film zrobiony z rozmachem, pełen znanych nazwisk o głośnej reklamie... ? O tym w dalszej części wpisu.


W ramach wstępu kilka słów o akci filmu: "Młody makler giełdowy, Nick Carraway (Tobey Maguire) przybywa do Nowego Jorku i zamieszkuje blisko milionera Jay'a Gatsby'ego (Leonardo DiCaprio). Mężczyzna jest zafascynowany Gatsbym i jego wystawnym stylem życia. Wkrótce dowiaduje się, że jest on od lat zakochany w Daisy (Carey Mulligan), która czuje się nieszczęśliwa w swoim małżeństwie z Tomem Buchananem (Joel Edgerton). Nick staje się świadkiem obsesji i marzeń swoich przyjaciół zniszczonych przez pogoń za pieniędzmi i próbą spełnienia" - opis z filmweb.pl



Nowy Jork w latach 20. XX w - tyle wystarczyło by przekonać mnie do zobaczeniu filmu. Fakt, że został stworzony na podstawie powieści Fitzgeralda był jedynie miłym bonusem. Jazz, prohibicja, gangsterskie porachunki. Czas wielkiego kryzysu i równie wielkich profitów. Czas, kiedy droga od pucybuta do milionera była najkrótsza. A do tego huczne przyjęcia i przepych - daje to reżyserowi ogromne pole do popisu i Baz Luhrmann to wykorzystał.

 

Postać zbyt dziwna nawet jako outsider...


Zacznę od postaci Nicka Carraway'a - narratora i jednocześnie bohatera filmu. Musze przyznać, że mam tutaj ogromny dylemat, bo z jednej strony postać ta powinna być wyobcowana, niezaangażowana w akcję.  I to się udało - Nick jako obserwator, cierpliwie stał z boku i niemal jako widz wszystko komentował. Jednak z drugiej strony odzywa się tu moja osobista niechęć do aktora, który w większości scen wyglądał co najmniej dziwnie, a momentami nawet upiornie, gdy przyglądał się wszystkim z takim wstrętnym uśmieszkiem. Jak gdyby znalazł się tam przez przypadek i z taką kpiącą miną i kompletnym brakiem zainteresowania sobie wszystko obserwował.



Kolejna postać to Daisy. Uważam, że Carey Mulligan doskonale poradziła sobie z rolą. Przeczytałam książkę na długo przed obejrzeniem filmu i byłam mile zaskoczona jak bliska jest Daisy wykreowana przez Mulligan z moją wizją postaci. Scena, w której po raz pierwszy ją widzimy - salon pełen falujących firan i ona leżąca na kanapie - zmęczona przepychem, a jednocześnie nie potrafiąca bez niego żyć. Scena trafiona w dziesiątkę. 

 


No i wreszcie tytułowy pan Gatsby. Obawiałam się trochę, że DiCaprio będzie wydawał się trochę przytłoczony rolą, ale nie miałam racji. Po raz kolejny udowodnił że role bogaczy z "lekkim"bzikiem (jak np. w Django) są dla niego stworzone. No i nie ma się co oszukiwać -  stanowił widok miły dla oka, gdy krzątał się po wielkiej willi w eleganckim garniturze. :) Scena, w której oprowadzał Nicka i Daisy po swojej rezydencji jest chyba jedną z moich ulubionych.

Któż nie chciałby mieszkać w takim pałacu... ?


Warto też zwrócić uwagę na Joela Edgertona w roli Toma Buchanana. Jest to raczej negatywna postać. Piszę "raczej" bo sposób w jaki została ukazana nie jest jednoznaczny. Zgoda - jest kobieciarzem niewiernym żonie i to on jest przyczyną finałowych tragedii, ale jednocześnie widać w nim coś takiego, co sprawia że widz rozumie jego motywy, że nie potępia go całkowicie. Mimo zdrad, dba o zonę i myślę, że cały czas ją na swój sposób kocha. I jakkolwiek idiotycznie to zabrzmi - stanowią zgraną parę, pomimo braku pasji.


Zabrakło mi  trochę wątku Jordan. Panna Baker została potraktowana jako postać nieodgrywająca żadnej roli w filmie. Pojawiała się epizodycznie, podczas gdy w książce nie dała się zepchnąć w tło.


Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o muzyce. W tym przypadku jestem na nie. Pomysł z wykorzystaniem nowych utworów w starej aranżacji był ciekawy, ale zdecydowanie wolałabym usłyszeć oryginalne kawałki z tamtych czasów, które są przecież niesamowite.


Nie zapominajmy też o tle powieści, które nie raz wybiło się na pierwszy plan - bale. Huczne uczty w posiadłości Gatsby'ego - coś absolutnie wspaniałego. Klimatyczne, zrobione z rozmachem, balansowały na granicy kiczu, jednak na szczęście jej nie przekroczyły. Dokładnie tak wyobrażałam je sobie podczas czytania książki. Kolejny plus dla reżysera.

Co to za bal bez fajerwerków i orkiestry... ?


Według mnie film jest warty obejrzenia. Ciekawa historia, wspaniała realizacja i dobra obsada (poza Nickiem oczywiście). Może się wydawać że jest to film kierowany do żeńskiej części widowni, ale panowie również znajdą coś dla siebie - choćby i tańczące nad basenem piękności czy zabytkowe samochody sprzed stulecia.


No i ciekawostka - gwiazda bollywoodu Amitabh Bachchan w roli Meyera Wolfsheima.




- Tasia.

17:23, xxsinzxx
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 maja 2013

Witamy. Jak widać brakuje nam systematyki w prowadzeniu bloga. I to nawet bardzo. Zawsze znajduje się jakieś pilniejsze zajęcie niż pisanie kolejnego wpisu, dlatego dzisiejsza notka jest kolejną recenzją. Padło na "Park Jurajski" Stevena Spielberga.Z racji tego, że jest to jeden z ulubionych filmów jednej z nas, a druga nie podziela zachwytu zdecydowałyśmy się na rezygnację z formy mnogiej w dalszej części. Liczymy na jakieś opinie. ;)


Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o tym kultowym filmie o dinozaurach. Twór Stevena Spielberga zrobił niesamowitą furorę 20 lat temu, ale czy film "ulepszony" do wersji 3D powtórzy ten sukces ? Hmm...


Osobiście mam do tego filmu ogromny sentyment - jest to chyba pierwszy film który pamiętam z dzieciństwa. Hasający swobodnie po parku tyranozaur śnił mi się nie raz... Dlatego nikogo nie zdziwił fakt, że wybrałam się na wersję w trójwymiarze tak szybko jak to było możliwe. ;)
Pomimo tego, że widziałam film nie raz i nie dwa, więc znam go niemal na pamięć, siedziałam w kinie podekscytowana każdą sceną niczym dziecko. Po 20 latach od premiery nadal wydaje się aktualny i przyciąga widzów do kin.

Jedna z moich ulubionych scen z filmu...


Cała historia wydaje się kompletnie abstrakcyjna - po miliardach lat, spod ziemi wyciągnięto zastygłe w żywicy komary. Z tych małych, wrednych insektów pobrano krew dinozaurów i przywrócono je do życia na pewnej wyspie. Tak po prostu.
Pomysł na biznes kompletnie z kosmosu i mógł na niego wpaść chyba jedynie ekscentryczny milarder z nadmiarem wolnego czasu - John Hammond.
Na (nie)szczęście istniały pewne bariery prawne; nie można przecież "ot tak" stworzyć parku z wymarłymi miliardy lat temu, kreaturami.
Na wyspę zostają ściągnięci Dr Alan Grant i Dr Ellie Sattler - specjaliści od dinozaurów (a raczej tego co z nich pozostało...) żeby zaświadczyć, że w parku wszystko jest jak nabardziej pod kontrolą i nie ma powodów do obaw.
Do grona naukowców dołącza też Dr Ian Malcolm - specjalista od chaosu, o wyglądzie gwiazdy rocka.
Dodajmy jeszcze do nich żądnego zysku prawnika i beztroskie wnuki Hammonda, a powstanie wesoła galeria postaci. O dziwo jednak wszyscy się idealnie komponują i wzajemnie dopełniają.


Pierwsza połowa filmu mija na szoku i zachwytem nad wyspą cofniętą w czasie o miliardy lat, po której wesoło pląsają dinozaury. Jednak mimo tego naukowcy pozostają sceptycznie nastawieni do idei kontroli natury.

 

 

 


Nie mogło się oczywiście obyć bez wątku humorystycznego, który w tym filmie tworzy postać Dr Granta. Już na początku filmu ukazana została jego niechęć i bezradność wobec dzieci i ich niespodziewanych zachowań. Więc zgadnijcie w czyim towarzystwie spędzi większą część filmu ? - Tak, z ukochanymi wnukami Hammonda.

Ta scena potrafi rozbawić każdego... ;)


Prawdziwa akcja zaczyna się gdy siada napięcie, rozpętuje się burza, a krwiożercze giganty ruszają na łowy.

Nie ukrywam, że byłam ogromnie ciekawa jakie wrażenie sprawi film oglądany do tej pory na małym ekranie, przeniesiony na kinowe rozmiary. I nie zawiodłam się. Dudniące kroki, potężne ryki i  te wielkie, żółte ślepia szukające ruchu, zdradzającego obecność ofiary - aż ciarki przechodzą.

Nie widać tu co prawda koloru ślepi, ale spojrzenie i tak jest upiorne...


Nie ma się co oszukiwać - większość osób przyszła do kina właśnie dla dinozaurów, które już od dawna stanowią ważny element dzieciństwa. Na sklepowych półkach nie brakuje miniaturowych figurek czy pluszaków o kształtach tych prehistorycznych stworów. Miło było zobaczyć na sali takie zróżnicowanie wiekowe widzów. Oprócz ludzi w moim wieku, ludzi z pokolenia moich rodziców, na sali pełno było dzieci - przyciągniętych do kina by zobaczyć film tak lubiany przez ich rodziców (wszystkie dzielnie wytrwały do końca seansu).


Jedyną wadą był brak panoramicznego ukazania wyspy. W 3D mogło to dać niesamowity efekt niczym bajkowa kraina Oz. Jednak nie ma mowy by taka błahostka wpłynęła na moją opinię.


Warto także zwrócić uwagę na muzykę. Charakterystyczna melodia skomponowana przez Johna Williamsa jest wspaniała i nierozerwalnie związana z filmem.

♫♫♫

Dla mnie ten film jest dziełem ponadczasowym. Nieważne, który raz się go ogląda - i tak cieszy i trzyma w napięciu. Także gorąco polecam. ;)

Tasia.
(nie, to nie imię)


22:14, xxsinzxx
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Tak jak wspominałyśmy, najwięcej na tym blogu będzie filmowych recenzji. Oto pierwsza z nich. 

Jak wiadomo remake nie jest łatwy do nakręcenia. Reżyser musi się zmagać z nieustannym porównywaniem do oryginału, co prowadzi do niemal nieludzkich starań by nowa wersja okazała się ciekawsza, lepsza. Fede Alvarez - reżyser tegorocznej wersji "Martwego Zła" podniósł sobie poprzeczkę jeszcze wyżej próbując "ulepszyć" dzieło Sama Raimi'ego, którego film odniósł duży sukces i w dzisiejszych czasach jest uznawany za kultowy. Oczywiście, żeby mieć pełny punkt widzenia, jako oddane kino-maniaczki obejrzałyśmy obie wersje filmu. A w tym wpisie znajdą się nasze spostrzeżenia i opinie odnośnie nowej wersji filmu.

Plakat filmu z 1981 roku z Brucem Campbelle w roli głównej

Film zaczyna się od sceny wyciętej z historii. Grupa ludzi chce uwolnić spod władzy demona nastoletnią dziewczynę. Jedynym sposobem okazuje się spalenie jej żywcem, ale wydaje się, że jest to cena, na którą nawet ojciec dziewczyny się zgadza. Egzorcyzmy przebiegają pomyślnie - niestety dziewczyna i tak ginie, ale skoro demon zginął wraz z nią to chyba jest ok...

Scena ogólnie klimatyczna i dobrze zrobiona, nie wiemy tylko po co... ?

Film już na początku zostaje pozbawiony grozy napędzanej tajemnicą, kiedy to widz nie wie jeszcze z czym bohaterowie będą musieli się zmagać...

Dalej mamy typowy scenariusz horroru  - grupa przyjaciół przyjeżdża na odludzie. Któreś z nich "przez przypadek" odczytuje dziwne inkantacje z jeszcze dziwniejszej księgi -  no i się zaczyna. Nie, nie akcja - krwawa jatka. Jest to niezaprzeczalnie jeden z najbardziej krwawych horrorów jakie widziałyśmy. Krew leje się strumieniami, a nawet deszczem... Odcięte tudzież pourywane kończyny, powbijane gwoździe, igły, odłamki szkła -  to wiele tłumaczy. Lecz gdy jedna z bohaterek sięgnęła po elektryczny nóż do mięsa stwierdziłyśmy zgodnie,  że to już dla nas zbyt wiele i nie patrzymy ( choć na sali dało się słyszeć śmiejących się podekscytowanych ...)


Odnalazłyśmy też w tym kilka plusów. Pozytywnie zaskoczyło nas całkiem wierne odwzorowanie scenerii z filmu z 1981 roku - ta sama stara chatka w środku lasu, samochód Asha wgnieciony w drzewo czy ta koszmarna piła mechaniczna w szopie, która w obu filmach została wykorzystana do celu sprzecznego z jej przeznaczeniem. Na tym podobieństwa się kończą - a szkoda.


Fantastycznie ukazany został też las. Upiorny, ponury, demoniczny - dokładnie taki jaki powinien być. Widz niemal czuje, że gdzieś między tymi drzewami czai się jakieś zło.


Na pochwałę zasługuje także odtwórczyni głównej roli - Jane Levy (Mia). Musimy przyznać, że kompletnie nie znamy tej aktorki, ale jesteśmy przekonane, że od tej pory będzie się pojawiać w wielu nowych filmach.Chyba jako jedyna w tym filmie starała się wykreować swoją postać a nie tylko ją odegrać.I dobrze sobie z tym zadaniem poradziła. Zarówno jako przerażona narkomanka na detoksie jak i w scenach opętania przez demona grała naprawdę przekonująco. 


W przeciwieństwie do Shiloha Fernandeza (David), którego popis zdolności aktorskich był raczej marny. Widać, że się chłopak starał, z resztą z rolą w "Dziewczynie w czerwonej pelerynie" poradził sobie całkiem nieźle, ale tutaj niestety nie wyszło. Najbardziej brakowało nam chyba jakiejś więzi między nim a Jane Levy, którzy grali tu rodzeństwo. Co prawda po dużych przejściach - ale nadal rodzeństwo. A tutaj David patrzył na Mię jak gdyby jej nigdy w życiu nie widział i jakąś obcą dziewczynę zaprosił na biwak...


O ile pierwsza połowa jakoś trzyma poziom, starając się trzymać widza w napięciu o tyle dalszą część kompletnie to sobie odpuszcza skupiając się chyba jedynie na pokazaniu wymyślonych i krwawych sposobów kaleczenia ciała. Bohaterowie oczywiście muszą się rozdzielać i samotnie schodzić do piwnicy... No bo przecież nic wielkiego im nie grozi... A, nie, chyba jednak to jest coś groźnego, no cóż...
Zawiodłyśmy się także na kreacji odrodzonego demona. Po wtrąceniach w filmie które sugerowały że będzie to najgorsze i najstraszniejsze zło spodziewałyśmy się jakiegoś mrocznego monstrum a nie dziewczyny spalonej na początku filmu...


Film w porównaniu z oryginałem wypada raczej marnie. Klimat zredukowano niemal do minimum, a zamiast tego napchano film "horrorowymi banałami". Krwawe sceny zdają się nie mieć końca - tak, wiemy że horrory powinny być krwawe, ale są chyba jakieś granice... ? Na obronę reżysera można dodać, że jest to bardzo plastyczny film. Scenerie są naprawdę świetne, ujęcia z wnętrza chatki też niezłe, a las to po prostu majstersztyk. To jednak za mało by film mógł się obronić w naszych oczach. Horror jakich wiele i raczej nie zostaje w pamięci.
Choć nurtująca pozostaje dla nas jedna kwestia: po co w tej piwnicy wisiały tuziny martwych kotów... ?  Wie ktoś ?


23:12, xxsinzxx
Link Komentarze (1) »

Witamy.

Zaczniemy od wyjaśnienia kwestii autorek tego bloga. Jesteśmy dwie. Dwie niesamowicie piękne, inteligentne i utalentowane białostoczanki a także studentki I roku (zarządzania i administracji) i w dodatku współlokatorki.

Niestety poza wieloma zaletami posiadamy też jedną wspólną wadę - obie jesteśmy niesamowicie leniwe. Jednak wraz z nadejściem wiosny, no może nie wiosny a ładnej pogody, postanowiłyśmy walczyć ze złymi nawykami.

Na naszej liście postanowień oprócz zdrowego odżywiania i wieczornego biegania pojawiło się założenie bloga.

I oto jesteśmy. Będzie to blog niemal o wszystkim ale głównie o filmach - bo właśnie na to tracimy najwięcej czasu. Choć znajdą się tu też pewnie krytyczne opisy studenckiej rzeczywistości, bo głupota ludzka zadziwia nas częściej niż powinna.

Na początek tyle. Jest to nasz pierwszy blog więc liczymy na wyrozumiałość i dobre rady.

Pozdrawiamy. ;)

 

19:55, xxsinzxx
Link Komentarze (1) »